Podobne postybeta
Tam gdzieś jest foka...
Foka :-)
Brak weny
Październik niezbyt książkowy...
Przebiegłe ślimaki ;-)
Moja podróż dziś była dziwna.
O 9:32 miałem jechać Pendolino do Gdyni ;-)
O tym:
Wsiadłem, zająłem moje miejsce 82 i najpierw było spóźnione 8 minut, 12, 16, 20, 25... 59... i komunikat, że się zepsuło i pojedziemy innym pociągiem ;-)
Po jakichś 90 minutach przyjechał taki:
Taki nie do końca do Pendolino podobny ;-)
Z przedziałami.... jechał sobie będąc spóźnionym, tak trochę przed Warszawą pan konduktor chodził i widząc gdzie jadę stwierdził, to na Warszawie Wschodniej będzie czekać nowy pociąg i tam trzeba wsiąść ;-)
Więc na Wschodniej czekał na nas ten:
Który dowiózł mnie do Gdyni ;-)
Skąd jeszcze inny pociąg wiezie mnie do Juraty ;-)
Z ciekawych rzeczy: w jednym z pociągów spotkałem Juliusza Machulskiego ;-), obejrzałem 4 odcinki Reachera, 1 odcinek Stuarta i 2 albo 3 odcinki The Big Bang Theory.
Teraz miałem zacząć robić zadanka, ale pisanie bloga jest prostsze ;-)
OK, jak się stresuję to robię ćwiczenie - piszę przez 5 minut.
To jest 5 minutes Journaling. To działa tak, że ponieważ trzeba napisać to co się myśli to idzie to w mózgu przez odpowiednie obszary językowe i się konkretyzuje.
Mnie najłatwiej pisać na "co czuję?", jak jestem zestresowany.
Idea jest taka (i pisałem tu już o tym wiele razy ;-)) by pisać bez zatrzymywania i zastanawiania się, jak coś jest czego nie chcesz napisać to napisz, to jest coś co przed sobą ukrywasz, jakiś lęk czy obawę.
Normalnie to kasuję ;-)
Ale ostatnio daję lokalnemu modelowi, ale z takim u góry "this is my entry from 5 minutes journal, what is my mental condition, mood, any feedback" i dalej wpis...
I to jest ciekawe, bo lokalny model taki jak Gemma4 całkiem rozsądnie analizuje i u mnie dostrzega, że ja zwykle zaczynam pisać od tego co czuję, później robię jakby taki 2 krok, i nazywam te uczucia i próbuję je zrozumieć i jak to są negatywne uczucia to dokonuję zwykle jakiegoś przejęcia kontroli nad nimi i reinterpretacji... chwali mnie za to ;-)
Co ważne dokonuje interpretacji mojego stanu, zwykle utwierdzając mnie w mojej ocenie, ale to jest trochę taka "druga para oczu"
Inna sprawa.... robiąc teraz zadanka koderskie małpuję LLMy... i piszę sobie w Obsidainie często przed napisaniem kodu to co czasem w niektórych modelach widać jak mają "reasoning" czy "thinking" ;-) i to bywa zaskakująco przydatne, bo nawet jakby to komuś mówić to za często można przeskoczyć nad trudnościami i powiedzieć "zapalić odpowiednie bity", ale jak piszesz to jest takie pytanie z tyły głowy "Ty, które to są odpowiednie" i trzeba to chociaż opisać, nawet bez podania wzoru....
I tak się złapałem, podobnie czasem robię w pracy jak atakuję jakiś nowy problem....
Tak trochę małpuję LLMa ;-)
Wczoraj wracałem z Wenecji i wykorzystałem to, by potrenować trenowanie algorytmów ;-)
Próbowałem robić zadania i szły mi tak sobie. Zamiast jednak wejść w automatyczny wniosek "jaki ja jestem głupi", podszedłem do tego inaczej:
Dlaczego właściwie nie umiem ruszyć tego zadania?
Jak mogę spróbować do niego podejść?
W jaki sposób dojść do stanu, w którym będę w stanie je rozwiązać?
Na lotnisku zadziałała klasyka: przy lekkim stresie i zmęczeniu pomogło dokładne opisanie problemu, zaproponowanie naiwnego/głupiego rozwiązania i szukanie skrajnych przypadków.
W samolocie z Wenecji do Frankfurtu szło jednak znacznie ciężej. Zamiast cisnąć na siłę, zająłem się analizą tego, dlaczego akurat to miejsce mi nie sprzyja (tydzień wcześniej inne było świetne). Po co? Żeby lepiej rozumieć swoje wyzwalacze. Poprzednio miałem 4C (przy przejściu, zaraz za klasą biznes, układ 2+3, czyli tylko jedna osoba obok i korytarz). Tym razem 6F – wprawdzie przy oknie po prawej stronie (sterburta, więc przy podejściach i odlotach widać Wenecję), ale za to z dwiema obcymi osobami po lewej stronie i brakiem przestrzeni.
Żeby złapać spokój w tłoku, testowałem liczenie w dół (np. od 113 co 7). Po 2-3 powtórzeniach próbowałem kodować w głowie. Nie jest to idealne i zabiera czas, ale pozwala opanować rozproszenie.
Same zadania były z operacji bitowych. W drugim klasycznie poszedłem na początku w złym kierunku ;-)
Ciekawsza była jednak obserwacja samego oporu. Zauważyłem mechanizm: gdy zadanie wydaje mi się trudne, natychmiast pojawia się "nie chce mi się". Mając tę świadomość, łatwiej powiedzieć sobie: "właśnie dlatego usiądę i spróbuję". Zadziałało tu podejście z medytacji – samo zauważenie i nazwanie tej niechęci, bez oceniania, w dużej mierze ją rozbraja.
(do formatowania użyłem Gemini ;-))
OK, ja może już trochę przesadzam z ilością moich wizyt w Wenecji ;-)
Jeśli dobrze liczę jestem tu 9 albo 10 raz ;-) (policzyłem, to jest 11 raz łącznie ;-))
Jakoś zapomniałem, że sierpień to jest zły miesiąc na Wenecję ;-)
Dziś było 34 stopnie... teraz jest 32...
Pod tym względem Gran Canaria jest dla mnie jeszcze lepsza, albo Rzym. Tak Rzym mi się w tym roku podobał. Chociaż Wenecja też mi się podoba :-) nie do końca podoba mi się ta pogoda ;-)
Ale znów to jest coś co pomaga w moim "adversed coding training", czyli w kodowaniu gdy i się nie chce, albo nie mam siły....
Inna sprawa, że użyłem Codex'a i najpierw naprawiłem z nim moją apkę dla Androida - Bloggeroid, a później kazałem u zrobić podobną na iPhone'a ;-) i zrobił.....
Ja próbuje zadania robić i na razie okazuje się, że nic nie pobije A220 w tępie i ilości kodu...
Czemu wskazówki zegara poruszają się jak się poruszają? ;-)
Bo zegary stworzono na półkuli północnej i odziedziczyły kierunek po zegarach słonecznych.
Dokładniej to nawet bardziej odziedziczyły tarczę. No bo jak się zastanowić to na naszej półkuli słońce się porusza ze wschodu na zachód ale po południowej części nieba. Czyli cień gnomona (ten patyk do wskazywania czasu) będzie się poruszał z zachodu na wschód ;-)
Gdyby ktoś zbudował zegar słoneczny w takiej Australii to jemu też by się posuwał z zachodu na wschód cień... ale były oświetlany z północy, więc byłby "na dole tarczy", poruszałby się więc w drugą stronę ;-)
Byłby dokładnie lustrzanym odbiciem "naszego" zegara słonecznego ;-)
Najgorzej jest jednak na równiku i jego okolicach (między zwrotnikami) ;-)
Bo tam raz idzie ze wskazówkami zegara, zimą gdy Słońce jest nad zwrotnikiem Koziorożca (zimowym), bo Słońce świeci wtedy z południa, ale złośliwie w nasze lato, jak jest na zwrotnikiem Raka (letnim) to idzie w kierunku przeciwnym ;-)
Jest na to hack, trzeba wbić gnomon równolegle to osi obrotu...
public static List<String> order(String[] projects, String[][] dependencies) {
var deps = new HashMap<String, Set<String>>(); // project2dependants
var deps2 = new HashMap<String,Set<String>>(); // dependant2dependency
for (var dep:dependencies) {
var first = dep[0];
var second = dep[1];
deps.computeIfAbsent(first, k -> new HashSet<String>()).add(second);
deps2.computeIfAbsent(second, k -> new HashSet<String>()).add(first);
}
var zeros = new ArrayDeque<String>();
for (var project:projects) {
if (deps2.getOrDefault(project, Set.of()).isEmpty()) zeros.addLast(project);
}
List<String> order = new ArrayList<String>();
while (!zeros.isEmpty()) {
var current = zeros.poll();
order.add(current);
for (var other:deps.getOrDefault(current,Set.of())) {
var set = deps2.get(other);
set.remove(current);
if (set.isEmpty()) {
deps2.remove(other);
zeros.addLast(other);
}
}
}
if (order.size()!=projects.length) return List.of(); // error
return order;
}
Dziś nie o kodowaniu ;-)
Jakiś kult bycia ofiarą staje się modny.To nie jest to - chcę robić biznes, chcę zostać gwiazdą, a raczej - nie robię biznesu bo podatki mnie dojadą, nie zostanę gwiazdą bo układy.
Taki kult bycia ofiarą. Ale oczywiście nie przez to, że się samemu coś źle robi, tylko to zawsze wina innych.Paragony grozy, ceny mieszkań za duże, benzyna za droga, wszystko idzie ku gorszemu.... incele są tacy sami "nigdy nie będę miał dziewczyny bo baby są puste i lecą na kasę albo atrakcyjność"...
Dziwne to jest. W tym sensie, że naprawdę nigdy tak łatwo nie było zostać bogatym. W USA z jednej strony badania wskazują, że najłatwiej w historii zostać miliarderem (tak, to zrobi tylko drobny ułamek procenta populacji).. a z drugiej przekonanie, że wszystko się wali.
W polskiej polityce to, że masa ludzi próbowała się przedostać przez granicę z Białorusi nie było dowodem na to, że coś nam się udało, ale tego, że inni nam chcą to zabrać.To, że Ukraińcy tu uciekli po wojnie i część myśli o zostaniu zamiast bycia takim potwierdzeniem "kurcze, kiedyś to my jechaliśmy na zachód, a teraz to my jesteśmy dla niektórych zachodem", to nie "bo na nasz koszt chcą żyć".
Taki kult przegrywu, tego, że już wszystko się zwija...I to tak prawica i lewica na to choruje, chociaż prawica bardziej. (W USA lewica też, oni tam twierdzą, że nigdy nie było tak źle dla mniejszości... niektórzy próbują im zwracać uwagę, że tak nadal istnieje wiele miejsc gdzie nie ma równości i trzeba do tej równości dążyć, ale nie oni uważają, że dziś jest gorzej niż było kiedyś).
To jest dziwne...Sam miewam takie myśli! Co mnie bardzo denerwuje ;-)
Czy może być lepiej? Oczywiście - i to jest super.Ale może być też dużo, dużo gorzej. Mamy lepiej niż 10 lat temu, lepiej niż 20 lat temu, lepiej niż 100 lat temu.Czy są rzeczy, które bym chciał a ich nie mam? Pewnie. O pewnej randce marzę od 8-9 lat i jej nie miałem i co? I nic ;-)
Tak z innej strony, nie jest to dowód na starość? Takie patrzenie, że teraz to już tylko z górki?Rozumiem jak kogoś spotka coś złego, strasznego... ale kurde nie wszystko jest tragedią. I co złego w przyznaniu, że się samemu zawaliło?
Ile to zdejmuje ciężaru z człowieka... Ileś lat temu na rozmowie kwalifikacyjnej jako przesłuchujący powiedziałem głupotę, coś w stylu, że:
Integer c = 0;
c++;
System.out.println(c);
Nie wypisze 1... bo niby tam jest boxing i tak dalej... i wydaje mi się, że powiedziałem coś głupiego w stylu czy to c++ zmieni się w c=c+1 ? Tak jakby to się tak nie miało stać.Wstyd mi. Nie wiem co kandydat sobie o mnie pomyślał. Nie wiem nawet czy ja to naprawdę powiedziałem :-)
Ale OK, już takiego błędu nie zrobię. Biorę winę na siebie - staję się lepszy.OK, to może znaczyć, że jeden kandydat myśli o mnie, że jestem idiotą... no bo się tak zachowałem.Mógłbym oczywiście dla poczucia się lepiej uznać, że to był do bani kandydat i dobrze, ja go testowałem, a on był głupi bo nie widział tego...
A najlepsze, ja ogólnie bywam pesymistą.Chociaż lata temu do mnie dotarło, że kult bycia ofiarą robi człowiekowi krzywdę. Tzn. ja to tak odbierałem.
Odchodząc z jednej firmy wiedziałem, że odejdę już od dłuższego czasu, mój team wiedział, ludzie w koło wiedzieli (bo ja nie umiem zachować tajemnicy), ale plotka poszła o podwyżkach więc miałem takie w głowie "OK, to może miesiąc później złożę wypowiedzenie? A tak będę miał miesiąc na przemyślenie bo może te nowe pieniądze zmienią moją percepcję?".. była mowa o podwyżkach w okolicach 40%... ja dostałem 7.5% z "to bardzo dużo" od nowego managera. Wkurzyłem się, powiedziałem coś w stylu "OK, odpuść sobie, właśnie wysłałem wypowiedzenie"... ale to nie jest nawet ten punkt. Później przez 3 dni chodziłem sam przekonany i wkurzony jaki to ja jestem pokrzywdzony i jak to ten zły manager mnie zmusił do odejścia..... dopiero po 3 dniach do mnie dotarło, że "Ej, Ty Przemek - ale Ty chciałeś odejść, to nie miało żadnego wpływu, to nie przez to się zwalniasz"... ale tak mnie uwiodła wizja bycia ofiarą....
Więc trochę rozumiem "urok", ale nie rozumiem czemu jest teraz aż taki kult tego. Praktycznie każda partia polityczna w to idzie. Powstają seriale z takim motywem. Takie Sweetpea... laska którą gra Ella Purnell, która jest w top of the top najbardziej atrakcyjnych kobiet gra "ofiarę" którą wszyscy pomiatają i w końcu zaczyna mordować ludzi...
To wszystko jest po to by napisać, że nie bycie jak pączek w maśle to nie jest bycie ofiarą... no i w dłuższej perspektywie to, że dziś masz ten taki hit "to ich wina" nie sprawi, że będziesz szczęśliwy. To Ci tylko zatruje percepcję świata i wszędzie będziesz widzieć niesprawiedliwość w stosunku do siebie. Nigdy nie będziesz szczęśliwym człowiekiem.
Kilka lat temu w Gdańsku szedłem i w słuchawkach mi grała biografia Leonarda da Vinci, było coś o malowaniu przez niego ludzi i tym, że robił sekcje. I zobaczyłem gościa na wózku. Nie miał rąk i nóg. Rodzina go pchała. Podejrzewam trochę, że to był jakiś ukraiński żołnierz, który stracił kończyny na wojnie.... walnęło mną to... ale jeszcze bardziej to, że on się uśmiechał.
Szczerze nie chciałbym być w jego skórze - ale jak go mam nie podziwiać? Nie wiem czemu, ale to mi się kojarzy z Jezusem. Nie jestem wierzący, może też przez to, że jak sobie pomyślę, że gdybym był wierzący i wierzyłbym w śmierć Jezusa na krzyżu "za grzechy ludzkości" to czułbym się odpowiedzialny za to jego cierpienie za każdym razem jakbym zrobił coś źle czy nieładnie....
Jakoś tak chciałem wyrzucić te myśli, może i głupie, ale teraz już powiedziałem czemu nie podoba mi się ten cały kult bycia ofiarą wszystkiego i wszystkich.....