poniedziałek, maja 25, 2026

Miałem farta...

Parę dni temu rzucił mi się w oczy wpis na LinkedIn – albo artykuł gdzieś na Wyborczej czy w podobnym medium. Tekst dotyczył tego, dlaczego pokolenie Gen Z jest bezustannie czymś wystraszone.

Moja pierwsza, automatyczna myśl? "Ech, jacy oni są słabi". Jednak po szybkim przeskanowaniu tekstu wzrokiem wyszło na jaw coś istotnego: ci ludzie od małego byli karmieni wyłącznie narracją o zagrożeniach. Globalne ocieplenie, pandemia, szkodliwe energetyki, a nawet sataniści w Sandmanie...

Najpierw chciałem to zbyć machnięciem ręki, ale nagle uderzyło mnie, że coś w tym jest. Zacząłem porównywać ich realia do mojego własnego dorastania.

Moje wspomnienia zaczynają się pod koniec PRL-u. Byłem wtedy zbyt mały, by rozumieć perturbacje zmian ustrojowych, za to widziałem jedno: w sklepach nagle pojawiły się rzeczy. Pierwsze klocki LEGO dostałem w 1986 roku – rodzice kupowali je za dolary w Peweksie. W 1991 roku te same klocki można było już kupić w zwykłym kiosku Ruchu. Z perspektywy 12- czy 13-latka świat stawał się po prostu lepszy.

Pamiętam, jak w 1992 roku oglądaliśmy otwarcie Olimpiady w Barcelonie. Mój kuzyn nie był zbyt zainteresowany, a ja rzuciłem mu głupią uwagę, że warto oglądać, bo przecież sami nigdy w takie miejsca nie pojedziemy. Do dziś mi głupio na to wspomnienie... Ale w tamtym 1992 roku zagranica była czymś tak odległym, niemal mitycznym. A potem? Potem sam bez problemu odwiedziłem Paryż czy Mediolan.

Zresztą cała moja młodość to była ciągła transformacja na lepsze. Odkryłem literaturę sci-fi: Arthura C. Clarke’a, Isaaca Asimova i innych klasyków. Nie licząc Końca dzieciństwa Clarke’a, wszystkie te książki miały niesamowicie pozytywny vibe. Przekaz był prosty: będzie tylko lepiej, a ludzkość wraz z rozwojem nauki i wiedzy stanie się mądrzejsza.

W międzyczasie mój Commodore 64 zmienił się w PC z procesorem 386 DX. Znów namacalny postęp.

Poszedłem do liceum – postęp. Polska się bogaciła. Poszedłem na studia – to samo. Zacząłem pracę (co zresztą opisuje historia Mruka) i rozwój nadal trwał. Obrazowo mówiąc: po półtora roku pracy zarabiałem ponad trzy razy więcej niż na samym początku. W 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej (rok wcześniej zaliczyłem swoją pierwszą podróż za granicę), a w 2007 poleciałem już do Stanów.

Właściwie przez całe moje życie, aż do 2008 roku, towarzyszyło mi poczucie stałego rozwoju. Dopiero globalny kryzys finansowy sprawił, że firma, w której pracowałem, zaczęła masowe zwolnienia. Ale nawet wtedy myśleliśmy: "Na szczęście to tylko w Stanach".

Oczywiście, życie prywatne mnie nie oszczędzało. W 2004 roku zmarł mój tata. To było potężne uderzenie, które momentalnie "skończyło moje dzieciństwo". Jednak nawet w tej tragedii z czasem znalazłem pewien rozwojowy punkt zwrotny. Pamiętam, jak po kilku tygodniach dotarło do mnie, że mój tata ogromnie mnie kochał, lubił i na pewno nie chciałby, żebym przez resztę życia chodził załamany. Podniosłem się.

Bo ogólnie wychowałem się w świecie, w którym mogło być tylko lepiej.

Podobnie było z tematem wojny. Jako 4- czy 5-latek w przedszkolu bawiłem się w Czterech pancernych i psa. To było jakieś 37-38 lat po II wojnie światowej, czyli dla nas – prehistoria. Jasne, w latach 90. wybuchła wojna w Jugosławii, ale byłem wtedy zbyt młody, nie miałem w domu MTV i te wszystkie drastyczne przekazy z ostrzeliwanych miast po prostu mi umknęły. Była też Pustynna Burza, ale to była dla nas "wojna zza szyby telewizora". A teraz? Ukraina, Strefa Gazy, Iran... Wszystko podawane na żywo, bez cenzury, prosto na ekrany smartfonów.

Gen Z dostaje przekaz totalnie odwrotny do naszego. Oni zaczynali od punktu "macie dużo", ale na każdym kroku słyszą, że za chwilę zasoby się skończą i będzie tylko mniej, gorzej i trudniej. My rośliśmy w poczuciu otwierających się drzwi; oni dorastają w cieniu nadchodzących katastrof.

Trudno przy moim "wychowaniu" nie być optymistą, tak samo jak trudno się dziwić, że ich konstrukcja psychiczna jest zupełnie inna. Patrząc na to z boku, stwierdzam, że chyba urodziłem się w stosunkowo najlepszym możliwym czasie. Końcówka Gen X, może jeszcze wcześni Milenialsi – my naprawdę mieliśmy w życiu farta.



Podobne postybeta
Gabinet Ipsalorda
Pierwszy dzień w przyszłości, czyli programista jako dyspozytor Agentów
Zajrzyj w duszę liberała (social-liberała) w sprawie imigracji ;-)
Lutowe książki ;-)
Religia w szkole

niedziela, maja 24, 2026

Okrucieństwo vibe codingu część 2 ;-)

Zawsze gdy jestem w Juracie na molo zastanawiam się gdzie jest molo w Sopocie, bo niby widać drugi brzeg, ale zawsze jest to, że "o tutaj jest Gdynia, a tam okolice Oliwy, ale gdzie jest Sopot..." i patrzenie na mapę i zawsze pragnąłem takiej wielkiej strzałki nad z napisem "Molo w Sopocie" ;-)

Tak czułem, że mógłbym w komórce mieć coś takiego, daję współrzędne "celu", telefon zna moją lokalizację i niech narysuje strzałkę.

Plan był taki by używając Gemini odpytać o API do kompasu i o wzory, których użyć do przeliczenia tego... ale stwierdziłem, że z głupia frant wpiszę to do Antigravity.
Antigravity dostało prompt:

ok, I would like to have mobile app, idealy simple webpage, which would take geolocation and compass data, and would draw on canvas (or maybe simply rotate?) arrow pointing to the "target", ideally it would have also mechanism to search (by address), or by adding "store current geolocation), and latter I would be able to choose some of those from list and it would show me "where" it is from my current position.... ideally there would be mode of "compass" where it would show multiple of selected targets as "arrows" and descriptions

I drań wyrzucił to....


Działa to w miarę OK, sami możecie spróbować na https://przemelek.github.io/geo/

Zabawne i przerażające jednocześnie (uczucia, które są bardzo blisko siebie jeśli chodzi o reakcje organizmu ;-)) jest to, że jeszcze nie zajrzałem temu do kodu, ale wydaje się to działać.

Sprawdziłem dziś będąc na zewnątrz i działa... w miarę ;-) ale problemem jest bardziej dokładność niż sposób powstania produktu ;-)


Podobne postybeta
AirPods Pro nie lubią się z hulajnogami ;-)
Czy LLMy umieją wnioskować? Test :-)
Automatyczne tłumaczenie 2 - Translatica vs. Google Translate ;-)
Generał Jaruzelski wg. Kuklińskiego
ChatGPT i Gemini (ogólnie LLMy) to są jednak nowe wyszukiwarki

piątek, maja 22, 2026

AI kradnie może (na razie?) nie pracę, ale „wieczorną zabawę w kodowanie” już tak ;-)

Tworząc Boba – mojego asystenta w pracy, który na razie umie rozpoznawać historyjki w Jirze, robić raporty do praw autorskich i czytać maile w poszukiwaniu tych najważniejszych (nadal jest na etapie "uczem siem") – wpadłem na pewien pomysł. Chciałem mieć w Obsidianie folder z szablonami w plikach Markdown.

W pracy (bo w życiu prywatnym na szczęście nie*) muszę często wysyłać maile według powtarzalnego schematu. Podobnie było kiedyś, gdy pisałem narzędzie do analizy danych – struktura kodu prawie zawsze wyglądała tak samo. Idealne miejsce na gotowe szablony. Próbowałem wcześniej z Keyboard Maestro, ale to nie było to.

Mój cel jest prosty: Bob i inne narzędzia mają do minimum skrócić czas, który marnuję na zadania administracyjne. Wszystko po to, bym mógł kodować... albo raczej dyrygować Agentami, bo dranie są już szybsze ode mnie.

Plan był piękny

Chciałem zbudować narzędzie zintegrowane z Alfredem. Wpisuję tmpl , dostaję listę szablonów (pliki Markdown, Java, Python – ogólnie wszystko, co tekstowe), które mogą mieć zmienne pola do wypełnienia, zarówno w nazwie, jak i w treści. Wybieram szablon, dopisuję parametry, wciskam Enter i gotowe – zawartość ląduje w schowku. A jeśli to Markdown, to od razu z formatowaniem.

No i plan upadł...

...bo z głupia frant wrzuciłem ten opis do Antigravity. Drań nie dość, że napisał wszystkie potrzebne skrypty, to jeszcze wypluł gotowego ZIP-a z zawartością całego Workflow do Alfreda.

I jak tu ufać komputerom? Człowiek chce sobie coś pokodzić, a maszyna odbiera całą przyjemność. ;-)

Małe pocieszenie

Na razie system nie ogarnął jeszcze jednego wymagania: chciałbym, aby przy kopiowaniu Markdowna do schowka trafiał on tam jako Rich Text. Outlook, jako flagowy produkt Microsoftu, nie lubi takich "fanaberii" jak czysty Markdown i domaga się sformatowanego tekstu.

Runda pierwsza dla AI, ale walka z Outlookiem wciąż trwa.

* – Ogólnie w życiu prywatnym problemem nie jest nadmiar obowiązków.



Podobne postybeta
Bob wykazuje inicjatywę ;-) i jakże piękny mógłby być Googlebook....
Hacky tool ;-) - workflow do Alfreda, który pozwala wykonywać różne konwersje na zawartości schowka ;-)
Pierwszy dzień w przyszłości, czyli programista jako dyspozytor Agentów
Kopia zapasowa ważna ;-)
Budowanie Boba ;-)

środa, maja 20, 2026

Metallica ;-)

OK, to byłem wczoraj na koncercie Metallica'i w Chorzowie.

Niecałe 2 lata temu byłem też na koncercie z tej trasy, czyli M72 w Warszawie na Narodowym.

Wtedy załapałem się na Snake Pit, tym razem "Trybuny Dolne".

OK, jakoś Rammstein mnie bardziej bawi ;-) Tzn. Metallica'i słuchałem tak z ~20-30 lat temu... miałem nawet wtedy wszystkie płyty (do wtedy) i pożyczyłem je komuś i mi ich nigdy nie oddał [to były CD].

Chociaż nie tyle chodzi o nieznajomość muzyki, ale o to, że "za głośno" to było grane. 18 lat temu był problem z płytą Metallica'i Death Megnetic, gdzie tak podkręcono głośność, że na CD często "leciały" 32767 (czyli największa liczba w 16 bitowej liczbie ze znakiem) co powodowało, że nie było słychać melodii bo wszystko było przesterowane. Stąd wtedy ludzie kupowali płytę do  Guitar Hero III: Legends of Rock / Guitar Hero World Tour bo tam nie było tego przesterowania.
I miałem wrażenie, że tak wyglądał ten koncert.

W Warszawie te 2 lata temu uznałem, że to wina Narodowego, ale to chyba ficzer Metaliki ;-)

Na obu stadionach słyszałem Rammstein i nie miałem wrażenia "ściany dźwięku" ;-)

Żeby sobie wyrównać wartości muzyczne to z Antigravity zrobiłem sobie Playlistę do Spotify z setlistą z tego koncertu. Teraz dopiero słyszę to co "słyszałem" na koncercie.

Ale i tak mi się podobało. 
Fajnie się ludzie cieszyli. Jacyś chyba rodzice (albo dziadkowie) z jakąś nastolatką za mną siedzieli i wg jej słów z Lublina tam przyjechali i słychać było jak piszczała z zachwytu gdy grało coś co jej się podobało ;-)
Obok mnie siedziały mamy, a ich nastoletni synowie rząd wcześniej, obok mam siedziała pani tak ~60-65 lat która też się cieszyła Metallica'ą :-)

Stąd wrażenia pozytywne, jeśli znów przyjadą to też będę chciał jechać ;-)

Dla mnie dodatkowy bonus to Chorzów, mieszkałem tam przez ~10 lat życia (do ~11 roku życia) i mam jednak sentyment, stąd jak zwykle poszedłem na spacer po okolicy i byłem nawet na Bocznej 6 gdzie kiedyś mieszkałem, mam zdjęcie z moją szkołą podstawową nr 38 w Chorzowie ;-) (to ta gdzie składałem przysięgę ucznia, gdzie obiecałem budować naszą socjalistyczną ojczyznę ;-))


Obok przedszkola też szedłem, ale zdjęcia sobie nie robiłem.
Mam zdjęcie gdzie z Amelungu wskazuję "mój blok" ;-)


I tak bardziej z bliska ;-)



A nawet drzewo na które uwielbiałem wchodzić ;-)


Oraz, pierwszy od dawna kiosk (wyglądający jak kiosk Ruchu):


Stąd ja tam ten koncert dobrze będę wspominał ;-)

Jak ktoś też chce tę playlistę, to chyba najprościej zrobić +Create w Spotify, wybrać Playlist, kliknąć na miejsce gdzie będzie lista (ALE NIE NA pole wyszukiwania) i zrobić CTRL-V/Cmd-V z tego poniżej:

spotify:track:4CLRLdxUDPNeO1xCW0U2zC
spotify:track:2dXsILW8gzkosqleHAvl0v
spotify:track:3bxHy4sUXEWjI9kXG1DH5K
spotify:track:4dTwPxntwdUhensj761HIB
spotify:track:6eXWc7irALyENtbAD2TTOT
spotify:track:5lqyqPU3JkpCbUbLmTVQPW
spotify:track:6FUwPb4mGlUDbx42uspXaZ
spotify:track:13Uvqll8OQDjw3wDweIK9y
spotify:track:3quYoE7KgIIaqVXPd7MpX0
spotify:track:6QAsrXPnMSXIbV0yEJHlEX
spotify:track:5ltXoDLlI0rFZAmOXbAp5T
spotify:track:02xhLoVqpGmOqvolgrwM8w
spotify:track:28WmNsclKsrVmdv3tDmoYU
spotify:track:2MuWTIM3b0YEAskbeeFE1i
spotify:track:3DwQ7AH3xGD9h65ezslm6q

Powinno to się zmienić w:
Creeping Death
For Whom the Bell Tolls
Of Wolf and Man
The Memory Remains
Lux Æterna
The Unforgiven
Fuel
The Day That Never Comes
Wherever I May Roam
Nothing Else Matters
Sad but True
One
Seek & Destroy
Master of Puppets
Enter Sandman


Podobne postybeta
Support zawsze lepiej brzmi na koncercie niż na Spotify ;-)
Tydzień z Google Home
Miałem dziś sen, a w nim...
Ostatni Rammstein... przynajmniej w 2024 ;-)
Czerwcowe książki

środa, maja 13, 2026

Bob wykazuje inicjatywę ;-) i jakże piękny mógłby być Googlebook....

Tak jako jeden z side projektów buduję w pracy Boba (mojego asystenta), dziś zaczął czytać moją pocztę firmową... którą próbuje łączyć z ticketami..... w przyszłości ma dostać jeszcze dostęp do stron, które odwiedzam (w pracy) i idealnie do kodu źródłowego i może mojego Obsidiana.

I dziś dość rozsądnie podsunął mi jednego maila do popracowania nad nim... tzn. zrobił to pod koniec dnia, bo wtedy powstała ta część Boba, ale są przesłanki, że to może działać ;-)

Mam jeszcze kilka innych side projektów, ale tylko ich nazwy mogę wyjawić ;-) jeden to HOODIE, drugi to NANCY ;-) coś co już istnieje dostało ode mnie nazwę NED, więc NANCY jest do testowania NEDa ;-)
Jest tam jeszcze drugi BOB, ale z tym nic jeszcze nie robiłem.

Część mnie zaczyna uważać, że model gdzie firma płaci mi za ekstra narzędzia i tokeny w LLMach i naprawdę można by było zmniejszyć zatrudnienie... albo jeszcze lepiej budować więcej :-)

Chociaż przyznam też, że taki model z Agentami może się udać (nie musi, ale może) jeśli w środku jest ktoś kto ogarnia. Mnie się wydaje, że ogarniam, ale któż to wie. 
Bob jest próbą zbudowania czegoś co robi część pracy, która wymaga ode mnie ciągłego skakania po różnych poziomach abstrakcji i różnych problemach i szukania połączeń. 
Nadal tu jestem potrzebny, nawet jeśli Bob będzie robił 100% tego na co mam nadzieję.

Tak przy okazji, Google wczoraj rzuciło hasło Googlebooka....

Wyobrażacie sobie jakby oni to mogli wspaniale zrobić?

W pracy mielibyśmy lokalny model i bezpieczny model "zewnętrzny", RAG czy nawet coś lepszego mogłoby używać całego naszego dysku, maili, confluenców i podobnych jako źródeł wiedzy. 
Dostajemy maila w którym ktoś skarży się, że mu coś nie działa - Agent obok tego maila umieszcza dla nas info, z poprzednich interakcji z ludźmi, z ticketów i tak dalej (Bob to dziś zrobił ;-) klient się poskarżył na coś i Bob wskazał, że ej jest ten ticket... który próbuje rozwiązać podobny problem).
Ktoś prosi o raport z postępów - Agent sprawdza co się dzieje z tą sprawą, jakie były maile o tym, jak z ticketami i tak dalej i proponuje podpowiedź. Którą można w rozmowie z Agentem dookreślić.
A wszystkie prompty jako Markdown files w czymś z interfejsem podobnym do Obsidiana. I moglibyśmy swoje dopisywać.

Jednym z problemów z dzisiejszymi Agentami jest to, że czasem "wyłażą" poza swój obszar, bo usera męczy ciągłe klikanie OK/Run i zgadza się na wszystko... ale gdyby OS to wspierał to Agenty mogłyby działać w modelu bezpieczeństwa podobnym do tego co ma Java... czyli Agent mógłby mieć na poziomie OSa dostęp do wybranego kawałka zasobów... 

Jeszcze do tego dodać rozwinięcie pomysłu na WebIntents, ale tak by OS sam dawał aplikacjom "interfejs" do wołania ich funkcji przez inne aplikacje.

W życiu prywatnym to nie, ale w pracy prawie wszystko ma "ślad elektroniczny" są maile, tickety, kod, strony w confluence, wiadomości w messangerze... dodanie MCP do katalogu ludzi i katalogu projektów i repo i naprawdę dużo biurokratycznej roboty się może robić "samo", człowiek może być na "końcu tego wszystkiego" i dostawać sugestie od systemu (nie, że system sam pisze maile czy tickety, ale proponuje takie działania)

Ach... marzenia....

A jeszcze jakby to wszystko działało na prawdziwym OSie, gdzie można by było uruchamiać aplikacje i Agenty mogłyby używając OSa "dotykać" się z okienkami, czytać tekst (a nie robić OCR)... do tego jakiś ładny UI, coś w stylu Google bierze Linuksa, uładnia go i to jest część tego Googlebooka....


Podobne postybeta
Budowanie Boba ;-)
Pierwszy dzień w przyszłości, czyli programista jako dyspozytor Agentów
AI kradnie może (na razie?) nie pracę, ale „wieczorną zabawę w kodowanie” już tak ;-)
Czy vibecoding zmienia ważność ludzi? Czy PM/PO stają się bardziej niezbędni od inżynierów?
Agent by Agent ;-) czyli o tworzeniu agenta AI agentem AI ;-)

poniedziałek, maja 11, 2026

Datowanie książkowe ;-) - Book dating ale nie do końca ;p

To nie jest jakieś sekretne wyznanie ;-) bo to pisałem tu wiele razy - książki Joanny Chmielewskiej o Teresce i Okrętce oraz te o Janeczce i Pawełku to jest szczyt mojego stosiku książek podpisanego jako "feeling good".

Zawsze mnie jednak w rereadach fascynuje jak to wszystko jest "zaraz po sobie" w książkach, ale każda książka dzieje się w innych realiach ;-)

Zwyczajne Życie - książka gdzie poznajemy Tereskę i Okrętkę dzieje się ~20 lat po wojnie, bo nasze bohaterki drzewka wożą na wózku, który "ojciec Okrętki zrobił w trakcie okupacji" (a może nawet po Powstaniu) do przewożenia drewna na opał. Musiał mieć więc wtedy ~20 lat co by pasowało do posiadania 16 letniej córki i 19 letniego syna ;-)
Do tego obie chodzą do 3 klasy LO, które jeszcze w 3 i 4 klasie jest żeńskie, ale w 1 i 2 klasie już koedukacyjne. Do tego mają po 16 lat, a Krystyna 17... co wskazuje, że chodziły do 7 klasowej SP.. czyli urodziły się Okrętka i Tereska najpóźniej w 1951 roku (ostatni rok który miał 7 letnia SP). Co by dawało ~1967 rok i by pasowało. Do tego rejestracje są sprzed 1975 roku i wprowadzenia 49 województw, a Skrzetuski jak rozumiem zrobił maturę dopiero będąc milicjantem.
Ale książkę wydano w 1974 roku... acz zgaduję, że Chmielewska ją pisała wcześniej ;-) i stąd wiele rzeczy dzieje się właśnie tak pod koniec lat 60.

Większy Kawałek Świata - tutaj jest prościej, bo mowa tam o tym, że wojna była 27 lat wcześniej... co sugeruje 1972 rok ;-) czyli rok trwał ~5 lat ;-) bo Tereska i Okrętka kończą 3 klasę i jadą na Mazury. Książkę wydano w 1976 roku.

Ślepe Szczęście - w Duchu (ostatnim "akcie") Jesionek (stróż przy zamku w Gnatach gdzie straszy duch) mówi, że on tam od 40 lat mieszka, a zaczął pracować u grafa szaleńca już za okupacji (chyba), czyli dzieje się to tak koło 1979 roku ;-) czyli tutaj 2 tygodnie między końcem WKŚ a wyprawą na raki trwało 7 lat ;-)

Nazywam to co tu robię wyżej "datowaniem książkowym". Nie ma żadnego sensu, ale jest zabawne ;-)

Janeczka i Pawełek też są dobrzy 11 lat mają w Większym Kawałku Świata, czyli w 1972 roku, ich pierwsza własna książka czyli Nawiedzony Dom dzieje się przed 1975 rokiem bo rejestracje są "stare", wydano ją w 1979 roku. Wielkiej Zasługi trudno "wycenić" ale wydaje się, że to jest przełom lat 70 i 80... bohaterowie mają ~12-13 lat, ~rok później dzieją się Skarby, które pasują do lat 80, tak na wyczucie koło 1985 roku. 2/3 Sukcesu już na przełomie, tak 1989 rok najpewniej, a Wszelki Wypadek tak 1991-1992... a bohaterowie mają wtedy pod koniec koło 14-15 lat ;-)

Chociaż jak rozumiem, nic im do Nancy Drew czy Martynki ;-) Bo Nancy Drew ma chyba te swoje nie wiem ile lat od 100 lat ;-) a Martynka te swoje ileś tam lat od 30-40? (wiem tylko o ich istnieniu, Jackie w The 70's Show lubiła Nancy Drew, mając ~15-17 lat więc pewnie Nancy jest w podobnym wieku, Martynka była idolką córki kuzyna gdy ta miała 3-4 lata więc pewnie Martynka jest w podobnym wieku)

Tak btw. w przypadku Pana Samochodzika, który miał podobny problem, obecny wydawca próbuje robić zmiany podobno i np. ZSRR zmienił gdzieś w Rosję i "zjednoczył" podobno też Niemcy, ale za to ORMO nadal tam jest ;-)



Podobne postybeta
Styczniowe książki
Lutowe książki ;-)
Bob wykazuje inicjatywę ;-) i jakże piękny mógłby być Googlebook....
Zła Chmielewska...
Wolność i Propaganda

Pierwszy dzień w przyszłości, czyli programista jako dyspozytor Agentów

Dziś miałem pierwszy dzień po powrocie z urlopu. Tak przez przypadek wyszedł mi też dzień testowania tego, jak może wyglądać przyszłość – czyli bycie tym, kto zleca pracę Agentom i AI.

Na dzień dobry: DokumentacjaByło kilka rzeczy do ogarnięcia, np. update w dokumentacji. Merytorycznie to pikuś: dodać jeden future-proof element (logika klucza API: teraz na sztywno, w przyszłości wymienialny z tokena) i sprawdzić, jak to działa, pisząc apkę na bazie tej dokumentacji.

Mógłbym to komuś zlecić. Albo otworzyć Kiro z plikiem MD, dopisać prompta z wyjaśnieniem i... dokumentacja poprawiona. Poprosiłem o wygenerowanie aplikacji – wygenerowało, przetestowało.

Backend i CopilotKolejna sprawa to API od strony backendu. Miałem napisaną wcześniej historyjkę użytkownika, więc dałem ją Copilotowi. Zmienił kod, dopisał testy. Potem konwersja jednego formatu na drugi – znów Copilot. Co ciekawe, dostał „do zjedzenia” coś, co sam na urlopie zrobiłem z innego formatu. Jest progres.

Projekt: BobW międzyczasie Kiro „kuchciło” coś przy Bobie. To mój asystent, który teraz śledzi moje tickety, ale docelowo ma umieć czytać maile i WebEx, patrzeć na zmiany w kodzie i strony w Confluence. Chcę, żeby w przyszłości Bob filtrował moje maile, zwracał uwagę na te priorytetowe (z pełnym kontekstem) i sam generował raporty statusowe.

Wnioski: Mnożniki czy usypiacze?Te Agenty to są mnożniki. Ale jest też problem: człowiek „gubi szczegóły”. Przestaje się znać cały codebase na wylot, nie zawsze wiadomo, gdzie czego szukać.

Nie wiem jeszcze, czy Agenty i AI to taki „rower dla umysłu”, który pozwala zrobić więcej, ale nadal zachować kontrolę, czy „taksówka dla umysłu” – niby wygodniejsza, ale trzeba za nią płacić i z czasem można po prostu zapomnieć drogi.

(tekst sformatowany przy użyciu Gemmini - bo mi się nie chciało ;-) i wpisuje się w ten dzień bycia "dowódcą stada agentów" ;-))



Podobne postybeta
Bob wykazuje inicjatywę ;-) i jakże piękny mógłby być Googlebook....
System punktowania za publikacje w Policji...
Be human for engineers: Instrukcja obsługi człowieka - marzy mi się coś takiego ;-)
Budowanie Boba ;-)
AI kradnie może (na razie?) nie pracę, ale „wieczorną zabawę w kodowanie” już tak ;-)

sobota, maja 09, 2026

Biuro z ludźmi > remote z tropików > remote z domu > biuro bez ludzi - to jest mój porządek dla miejsc pracy ;-)

Pracowałem z biura, pracowałem z domu, pracowałem z Wenecji (czy innej Gran Canarii, albo Juraty ;-)).
I stwierdzam, że mój porządek jest taki:
  • praca z biura ze świetny. zespołem,
  • praca z biura z takim sobie zespołem,
  • praca z Gran Canarii lub innej Wenecji,
  • praca z domu,
  • praca z biura z remote zespołem.
Stąd stwierdzam, że chcę albo pracę z biura z zespołem na miejscu, albo total remote. 
Nie chcę pracy z domu, a tym bardziej pracy z biura z remote zespołem.

Tylko 6 lat potrzebowałem na to by do tego dojść ;-)

Czemu tak?

Praca z biura z zespołem jest świetna bo masz ludzi, prawdziwych, takich żywych z krwi i kości, z którymi można rozmawiać twarzą w twarz.

Praca z Gran Canarii czy innej Wenecji jest super, bo masz prakacje, pracujesz, zarabiasz, ale też sobie zwiedzasz, jesteś w innym miejscu.

Praca z domu ssie bo szybko znika granica między domem i pracą, tak jak masz kilka lat doświadczenia to się uczysz nie sprawdzać poczty "po pracy", ale trzeba strasznie dbać o higienę pracy, u mnie to doprowadziło do tego, że patrzę na ścianę na którą normalnie nie patrzę ;-) i jeszcze potrzebowałem paru miesięcy pracy z Gran Canarii/Wenecji żeby znów polubić dom.

Praca z biura z remote zespołem nie ma sensu w ogóle.... bo idziesz do biura by się wdzwaniać na call'e...


Podobne postybeta
Programik > Równanie ;-)
Życie artysty jest trudne - System Extensions na macOS z ARMem...
Uroki remote ;-)
Impreza ;-)
Zaczynam się przekonywać do agentów AI....

czwartek, maja 07, 2026

A jakby Boba nauczyć czytać maile?

Tak sobie w ramach urlopu jestem w Las Palmas de Gran Canaria (bo mi się na razie Wenecja znudziła... no i było z 4-8 razy taniej ;-)), słuchałem trochę The 4-Hour Workweek i stwierdziłem, że właściwie dziś jak mamy LLMy to można by używać LLMy do robienia nudnych rzeczy....
I stwierdziłem, że najtrudniejsze w tym wszystkim jest znalezienie tych rzeczy ;-)
Ja jestem chaotyczny. Prawie nigdy nie mam planu, rzeczy się zdarzają. Nieważne czy to jest kodowanie, czy robienie innych rzeczy. Jak kiedyś pisałem mam plany ucieczkowe, bo wiem, że wszystko się może zmienić więc zamiast mieć plan czy nawet plany jak coś robić, to mam klocki z których składam to co w danym momencie mi będzie potrzebne. 
Czyli zamiast budować masterplan, mam raczej "podplany" i je dopasowuję do sytuacji i później łącze je i coś mi wychodzi.
Zwykle to jednak znaczy, że ja prawie nigdy nie wiem jak będzie wyglądał mój dzień. Z boku w pracy często wygląda jakbym się obijał, a ja po prostu szukam "dopasowania"... 
I tu mam problem bo jak nie lubię wielu rzeczy w pracy to nie wiem co to jest ;-)
Wiem, że nie znoszę tego, że zamiast mieć jeden strumień wejściowy tych strumieni jest wiele i nie są one ustandaryzowane, mogę mieć ticket, maila, wiadomość na czacie, wzmianę na callu, prośbę od innego teamu i tak dalej. Trudnością jest zawsze "znormalizowanie" tego do czegoś co można porównać... z drugiej strony to, że to umiem sprawia, że mi za to płacą ;-)

Tzn. mam kilka pomysłów. Np. mogę sobie wyobrazić wzbogacenie Boba o ficzer, który uczyni zeń bardziej prawdziwego asystenta.
Mam wiele strumieni wejściowych i zawsze jest problem z ich śledzeniem, niektóre są "na teraz", niektóre dobrze widzieć, a wiele jest na przyszłość, a jeszcze inne do zapomnienia.
Dziś sam muszę sprawdzać maila czy WebEx i oglądać... i reagować.
A co gdyby zagonić do tego Boba? Tzn. sam mogę nadal sprawdzać parę razy dziennie, ale może by tak Boba podpiąć pod pocztę i WebEx i niech on ocenia?
Dostałby w końcu polecenie by przeczytać wiadomość i mógłby:
  • zwrócić moją uwagę na tego maila z krótkim streszczeniem o czym to jest,
  • dodać maila do Todo jako "przeczytać i odpowiedzieć",
  • zaproponować odpowiedź na wiadomość (np. propozycję zajrzenia do FAQ)
  • zignorować i dać mi samemu szansę sprawdzić,
  • przygotować summary z maili jakie dostałem
Oczywiście mam bardziej szalone pomysły, ale te są dużo trudniejsze ;-)
Np. problemem jest zawsze widoczność, gdy się robi kilka rzeczy naraz (czy wiele rzeczy naraz) to dobrze mieć taki overview tego gdzie jesteśmy, kiedy ostatni raz się dotykaliśmy z problemem, jakie są następne kroki, co jest problemem i tak dalej... teoretycznie dużo tych informacji jest w mailach, WebEx, ticketach i kontroli wersji... oczywiście musi być coś co łączy te elementy... ale wydaje mi się, że jest tu potencjał... ale to nie jest znów takie proste ;-)

Na razie to wszystko to jest taki potok świadomości jak i ten tekst, na razie te rzeczy są na etapie mielienia się w głowie.... ja w międzyczasie używając Ollamy na moim Macbooku Air zainstalowałem OpenClaw i boję się go używać ;-)


Podobne postybeta
Budowanie Boba ;-)
Bob wykazuje inicjatywę ;-) i jakże piękny mógłby być Googlebook....
Digital nomad na pół etatu ;-)
Nie lenistwo, a strach. Prawdziwe źródło długu technicznego
Chillout na 80%