Parę dni temu rzucił mi się w oczy wpis na LinkedIn – albo artykuł gdzieś na Wyborczej czy w podobnym medium. Tekst dotyczył tego, dlaczego pokolenie Gen Z jest bezustannie czymś wystraszone.
Moja pierwsza, automatyczna myśl? "Ech, jacy oni są słabi". Jednak po szybkim przeskanowaniu tekstu wzrokiem wyszło na jaw coś istotnego: ci ludzie od małego byli karmieni wyłącznie narracją o zagrożeniach. Globalne ocieplenie, pandemia, szkodliwe energetyki, a nawet sataniści w Sandmanie...
Najpierw chciałem to zbyć machnięciem ręki, ale nagle uderzyło mnie, że coś w tym jest. Zacząłem porównywać ich realia do mojego własnego dorastania.
Moje wspomnienia zaczynają się pod koniec PRL-u. Byłem wtedy zbyt mały, by rozumieć perturbacje zmian ustrojowych, za to widziałem jedno: w sklepach nagle pojawiły się rzeczy. Pierwsze klocki LEGO dostałem w 1986 roku – rodzice kupowali je za dolary w Peweksie. W 1991 roku te same klocki można było już kupić w zwykłym kiosku Ruchu. Z perspektywy 12- czy 13-latka świat stawał się po prostu lepszy.
Pamiętam, jak w 1992 roku oglądaliśmy otwarcie Olimpiady w Barcelonie. Mój kuzyn nie był zbyt zainteresowany, a ja rzuciłem mu głupią uwagę, że warto oglądać, bo przecież sami nigdy w takie miejsca nie pojedziemy. Do dziś mi głupio na to wspomnienie... Ale w tamtym 1992 roku zagranica była czymś tak odległym, niemal mitycznym. A potem? Potem sam bez problemu odwiedziłem Paryż czy Mediolan.
Zresztą cała moja młodość to była ciągła transformacja na lepsze. Odkryłem literaturę sci-fi: Arthura C. Clarke’a, Isaaca Asimova i innych klasyków. Nie licząc Końca dzieciństwa Clarke’a, wszystkie te książki miały niesamowicie pozytywny vibe. Przekaz był prosty: będzie tylko lepiej, a ludzkość wraz z rozwojem nauki i wiedzy stanie się mądrzejsza.
W międzyczasie mój Commodore 64 zmienił się w PC z procesorem 386 DX. Znów namacalny postęp.
Poszedłem do liceum – postęp. Polska się bogaciła. Poszedłem na studia – to samo. Zacząłem pracę (co zresztą opisuje historia Mruka) i rozwój nadal trwał. Obrazowo mówiąc: po półtora roku pracy zarabiałem ponad trzy razy więcej niż na samym początku. W 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej (rok wcześniej zaliczyłem swoją pierwszą podróż za granicę), a w 2007 poleciałem już do Stanów.
Właściwie przez całe moje życie, aż do 2008 roku, towarzyszyło mi poczucie stałego rozwoju. Dopiero globalny kryzys finansowy sprawił, że firma, w której pracowałem, zaczęła masowe zwolnienia. Ale nawet wtedy myśleliśmy: "Na szczęście to tylko w Stanach".
Oczywiście, życie prywatne mnie nie oszczędzało. W 2004 roku zmarł mój tata. To było potężne uderzenie, które momentalnie "skończyło moje dzieciństwo". Jednak nawet w tej tragedii z czasem znalazłem pewien rozwojowy punkt zwrotny. Pamiętam, jak po kilku tygodniach dotarło do mnie, że mój tata ogromnie mnie kochał, lubił i na pewno nie chciałby, żebym przez resztę życia chodził załamany. Podniosłem się.
Bo ogólnie wychowałem się w świecie, w którym mogło być tylko lepiej.
Podobnie było z tematem wojny. Jako 4- czy 5-latek w przedszkolu bawiłem się w Czterech pancernych i psa. To było jakieś 37-38 lat po II wojnie światowej, czyli dla nas – prehistoria. Jasne, w latach 90. wybuchła wojna w Jugosławii, ale byłem wtedy zbyt młody, nie miałem w domu MTV i te wszystkie drastyczne przekazy z ostrzeliwanych miast po prostu mi umknęły. Była też Pustynna Burza, ale to była dla nas "wojna zza szyby telewizora". A teraz? Ukraina, Strefa Gazy, Iran... Wszystko podawane na żywo, bez cenzury, prosto na ekrany smartfonów.
Gen Z dostaje przekaz totalnie odwrotny do naszego. Oni zaczynali od punktu "macie dużo", ale na każdym kroku słyszą, że za chwilę zasoby się skończą i będzie tylko mniej, gorzej i trudniej. My rośliśmy w poczuciu otwierających się drzwi; oni dorastają w cieniu nadchodzących katastrof.
Trudno przy moim "wychowaniu" nie być optymistą, tak samo jak trudno się dziwić, że ich konstrukcja psychiczna jest zupełnie inna. Patrząc na to z boku, stwierdzam, że chyba urodziłem się w stosunkowo najlepszym możliwym czasie. Końcówka Gen X, może jeszcze wcześni Milenialsi – my naprawdę mieliśmy w życiu farta.
Podobne postybeta
Gabinet Ipsalorda
Pierwszy dzień w przyszłości, czyli programista jako dyspozytor Agentów
Zajrzyj w duszę liberała (social-liberała) w sprawie imigracji ;-)
Lutowe książki ;-)
Religia w szkole